Aragac i Damavand. W górach Armenii i Iranu

Góry, góry i jeszcze raz góry! Inne niż nasze Tatry, czy nawet bliskie nam Alpy.„Gołe” bez choćby jednego drzewa czy wyższego krzaczka w promieniu wielu kilometrów. Surowe, suche i będące uśpionymi bądź wygasłymi wulkanami.

Otoczone aurą niezwykłości – będący podobno wielkim magnesem Aragac/Aragats, nad którym – znów podobno – zakazano samolotom lotów i który pomimo ormiańskiej palmy pierwszeństwa wciąż pozostaje w cieniu najświętszej ormiańskiej góry – Araratu (wskutek zawirowań historycznych znajdującego się obecnie w Turcji, a w przypadku dobrej pogody i braku smogu leżący wręcz na wyciągnięcie ręki z Erywania) czy Damavand, będący najwyższym szczytem Iranu i całego Bliskiego Wschodu, wierzchołek pokryty wiecznym śniegiem i lodowymi wodospadami, w żaden sposób nie pasujący do wizji irańskich pustyń, będących jednymi z najgorętszych miejsc na ziemi.

Ormianie w zasadzie nie chodzą po górach. Bo po co? Góra jest bo jest i niech tak zostanie. Często dziwili się nam – po co my tam idziemy? Tylko jeden Ormianin był inny – Tigran. Łapaliśmy stopa do Kadżaran blisko irańskiej granicy, Tigran gdy zobaczył nasze plecaki i kijki trekingowe (a był jednym z dwóch klientów pewnej taksówki), kazał jej się zatrzymać, a Łada jak to Łada z łatwością pomieściła dodatkowych pasażerów. Nasz ormiański znajomy był zachwycony naszym widokiem, bo stwierdził na przywitaniu – on też kocha góry! I jest jedynym mieszkańcem ponad 7-tysięcznego górniczego Kadżaranu, który uskutecznia górskie wędrówki! Nawet żona i dzieci krzywo na niego patrzą, a on opowiadał nam z zachwytem o okolicznych górach, dziewiczych jeziorach, spotkanych zwierzętach i posterunkach azerskich pograniczników na grani oddzielającej Armenię z Nachiczewanem (mowa była o drugim najwyższym ormiańskim szczycie Kaputjugh 3905m, leżącym tuż obok). Gdy usłyszał o naszym zdobyciu Aragacu – staliśmy się członkami rodziny:) Na zakończenie była prosta lecz suta kolacja, nocleg w największym pokoju i poranne życzenia na dalszą drogę. Dzięki Tigran i do zobaczenia!

Odeszliśmy trochę od tematu. Wracamy w okolice Erywania i ruszajmy na Agarac!

Łapiemy marszrutkę z jednego z kilku dworców w ormiańskiej stolicy (1 zasada: dowiedz się, z którego dworca dojedziesz w danym kierunku;  2 zasada: idź z samego rana na dworzec – dużo marszrutek odjeżdża tylko do południa i 3 zasada: pytaj, pytaj i jeszcze raz pytaj, bo tabliczek, rozkładów nie uświadczysz). Nomen omen trafiamy do… Agarak. Czyli kierunek dobry! Teraz przed nami 30km mozolnego wspinania do jeziora Kari Licz na wysokości 3190 m n.p.m.

Nawet na drodze o natężeniu 5 pojazdów/godzinę autostop idzie jak malowany! I z przygodami. Trafia się Wołga, postrach lat dawnych, jednak tym razem niewinnie biała. Cóż za luksus! Tylna kanapa – bez ograniczeń, zawieszenie – płyniesz. Tylko są problemy z jazdą pod górę:)

Ponieważ mamy do pokonania prawie 1,5km w pionie, nasza uszkodzona chłodnica nie daje rady. Na szczęście co kilka zakrętów są źródełka i po samochodzie walają się plastikowe 5l butelki z zapasem wody. Każde źródło to rytualne dolewanie wody do chłodnicy i uzupełnianie zapasów. Chłopaki w ogóle nie przejmują się tą niedogodnością, żywo rozmawiając i wypytując nas o wszystko. Bardziej poważną atmosferę wzbudza tylko para spod maski i gorączkowe poszukiwania wody. Jedziemy i jest super:)

Jednak kilka kilometrów przez jeziorem nasi kierowcy odbijają w inne miejsce, więc zostajemy pośrodku kwintesencji ormiańskiego krajobrazu – pamiętacie? Armenia – kraj pełen kamieni.

Tym razem trafiamy do przedstawiciela zachodniej motoryzacji – powiedzmy zwyczajny opel. Niestety po kilku kilometrach silnik odpada – maska w górę i czekamy. Ostatecznie klasyczną Ładą Nivą bezproblemową dojeżdżamy nad jeziorko. Zostawiamy kilka gratów w tamtejszej restauracji (dużo powiedziane) i uderzamy na Południowy Aragac 3879m. Idziemy na azymut pośród miliona kamieni (cóż za nowość!) i wyblakłych traw. Mamy szczęście, za nami wyłania się starszy brat Aragacu – majestatyczny Ararat – tym razem przebijający się przez opary zanieczyszczonego powietrza.

Generalnie Aragac składa się z 4 wierzchołków. Nasz cel na dziś – Południowy Aragac, jest najniższym z nich wszystkich i najłatwiej dostępnym w kilkugodzinnej wędrówce z jeziora Kari. Najwyższy znajdujący się po przeciwległej stronie krateru – Północny Aragac, przekracza magiczne 4000m z lekką nadwyżką i jest celem na jutro. Księżycowo – wulkaniczne krajobrazy zwalają z nóg!

Mapa? Nie ma żadnej mapy. Ormianie o żadnej mapie nie słyszeli, ale od czego są Polacy. Nasz rodak – Adam Rugała stworzył świetną mapę Aragacu. Bierzcie i dziękujcie Adamowi. 

Nocleg planowaliśmy spędzić na przełęczy pod szczytem na wysokości 3796m. Schronieni przed wiatrem nieopodal wielkiej hałdy śniegu, spędziliśmy – ówczesny – najwyższy górski nocleg w życiu. Rankiem w namiocie zostawiliśmy niepotrzebny sprzęt kempingowy i oceniając „zatrważające” tłumy turystów w okolicy, nie mieliśmy obaw o nasz dobytek. Inni mieli jednak obawy o nas. Spotkani po zejściu już do jeziorka turyści, pytali nas o samotny namiot na przełęczy. Tak widzieliśmy, to nawet nasz namiot! A oni na to wielkie oczy – ufff to dobrze, że jesteście cali. Przyznali nam się, że robiąc przystanek na przełęczy zainteresował ich pozostawiony namiot i zastanawiali się czy nie wejść do środka i nie sprawdzić czy są tam przypadkiem jakieś zwłoki biednych turystów! Byliśmy cali.

Aby najłatwiej wejść na szczyt Północny trzeba zejść na dno krateru i potem mozolnie odzyskiwać wysokość. Oczywiście wciąż towarzyszą nam miliony kamieni i pozostałości kamiennych lawin. Kolor krajobrazu przywodzi nam na myśl powierzchnię Marsa.

Wchodzimy na kolejną przełęcz między wierzchołkiem Północnym i Wschodnim i rozpoczynamy ostateczne podejście na szczyt. Tak jak na gruzińskim Didi Abuli, każdy krok po kamieniach do przodu łączy się z pół krokiem zjazdu w dół. Denerwujące. W oddali majaczy nasz malutki namiot. Góry, przestrzeń i surowa okolica zachwyca!

Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed szczytem to wąska, obsuwająca się ścieżka z przepaściami po obu stronach. Trzeba bardzo uważać!

4090 m pod nami! Pierwszy 4 tysięcznik za nami. A człowiek jak to człowiek, chce więcej:)

Teraz czeka schodzenie znowu w dół krateru, znowu podchodzenie pod przełęcz tym razem po przeciwległej stronie, ogarnianie namiotu, Aragac Południowy i zejście na dół. Sporo tego.

A może skrócić drogę, pójść trawersem wzdłuż krateru bez konieczności straty kilkuset metrów? Super pomysł! Nie da się zgubić, bo żadne drzewo nam nie zasłoni drogi, kamienie i tak są wszędzie, więc zaoszczędzimy sporo czasu i sił (takie kilkukrotne podchodzenie na wysokości ponad 3500m trochę tych sił i oddechu jednak odbiera). Jednak jak mówi stare przysłowie – „Kto drogę prostuje, ten w domu nie nocuje”. W tym przypadku w namiocie. Nam jednak pomimo trudności – tu kamienie nie były jednak takie same jak zakładaliśmy, okazały się wielkimi głazami, gdzie z jednego nie było widać drugiego i droga teoretycznie płaska, była ciągłym podchodzeniem i wchodzeniem, niczym stąpając po kamienistych wydmach powstałych wskutek kamiennych lawin – udało się cało, oczywiście z obsuwą dostać do namiotu „pełnego zwłok” .

Jak patrzysz „na oko”, tak często Twoje założenie wychodzą „na oko”.

W drodze powrotnej odbiliśmy jeszcze do jednej ciekawostki – czegoś białego na horyzoncie. Z daleka wyglądało to jak śnieg, jednak nie mogło być śniegiem, bo w okolicy nie było nic innego przypominającego biały kolor. Co to może być?

A jednak! Był to śnieg, tylko, że przykryty białym płótnem. Niezły pomysł, prawda?

Doszliśmy, do wniosku, że musi to być element jakiegoś doświadczenia w stylu: przykryjmy śnieg czymś białym i zobaczmy, czy promienie słoneczne będą odbijane, a nasz obiekt przetrwa do następnej zimy? Przykryjmy śnieg i pomóżmy stworzyć lodowiec? Stwórzmy zagwozdkę dla turystów?

Załapaliśmy się na końcówkę otwarcia restauracji, więc kebab z lawaszem znalazł swoich pogromców.

Spędziliśmy noc przy brzegu Kari Licz, a następnego dnia z kurdyjskim pasterzem i jego rodziną (czyli żoną, córką i owcami załadowanymi do ciężarówki) zjechaliśmy do doliny i potem marszrutką do Erywania.

Operacja Aragac zakończona sukcesem!

Wracając jeszcze do licznych (i dziwnych np. piramida) zabudowań okolic jeziora Kari, gwoli ścisłości są to pozostałości kiedyś prężnego, teraz niestety niedofinansowanego, ormiańskiego instytutu kosmicznego. Tutaj są najlepsze warunki do badania promieniowania kosmicznego, bo i powietrze najczystsze w kraju. Nasz zwariowany i korzystający z dobrodziejstw roweru kumpel Marian, był w analogicznym okresie w tej okolicy, jednak wspomnienia ma zgoła inne. Deszcze ze śniegiem, mgła, rowerowe upadki itd. Tylko miał to szczęście, że trafił do tutejszego Cosmic Ray Institute i przy rozgrzewającym ormiańskim napitku, prowadził żywe rozmowy fizyczno – kosmiczne, ze strudzonymi trudnymi warunkami miejscowymi naukowcami.

 

Przed nami Iran! Po pobycie w Tabrizie u Hadiego i jego rodziny, wizycie nad M/J. Kaspijskim i w pobliskich deszczowych! górach, następnie kilku dniach w 15 milionowym Teheranie, nadszedł czas na jeden z naszych najważniejszych irańskich celów. Damavand. 5671 m n.p.m.

Wysiadamy w Polour, skąd rozpoczyna się najpopularniejsza trasa wejściowa. Jeszcze w Teheranie na dworcu autobusowym, dwóch naganiaczy prawie pobiło się między sobą, próbując zachęcić nas do skorzystania z usług ich firmy przewozowej. Wybraliśmy trzecią.

Kasa. Podobno opłata ze wejście na szczyt wynosi 50 dolarów od głowy bądź dwóch nóg. I podobno jest pobierana tylko w sezonie (jest październik, zima się zbliża, więc o sezonie można zapomnieć). Jedno jest pewne – płacą tylko obcokrajowcy. Zważywszy na te okoliczności chcieliśmy za wszelką cenę nie brać udziału w tym naciąganym procederze i płacić 100 dolarów, będących prawie równowartością tygodnia spędzonego w kraju Persów. Dodatkowo wiedzieliśmy, że tuż za Polour mieści się siedziba irańskiego związku wspinaczkowego gdzie uiszcza się opłaty. Korzystając z irańskiej gościnności daliśmy się namówić na podwózkę kierowcy, który zatrzymał się koło nas i powiedział, że może nas podwieźć kawałek bo i tak czeka nas jeszcze kilka km drogi. Traf chciał, bądź nasz miły jegomość nie chciał zawieść swoich kolegów, wysadził nas centralnie pod siedzibą związku…

No i wtopa! Ale w sumie skąd mamy wiedzieć, że to właśnie to miejsce, oprócz wszystkiego co na to wskazuje?:) Dziarsko ruszamy drogą do góry, gdy za nami rozrywa się czyjś straszny krzyk i gwałtowne machanie rękami w naszą stronę. Bynajmniej nie przyjacielskie. Ok, zobaczymy co wywalczymy.

Dlaczego takie z nas „sknery”, że nie chcemy wesprzeć biednego irańskiego związku wspinaczkowego?

Po pierwsze – 50 dolarów jest strasznie nieadekwatną opłatą w stosunku do irańskich cen. To jakby za wejście na Rysy płacić 300zł. Po drugie – nie otrzymujemy nic w zamian, oprócz świstka papieru. Za noclegi w schronach trzeba i tak płacić. Po trzecie – nasi irańscy przyjaciele oburzali się na powyższą opłatę, która była dla nich nie zrozumiałym haraczem dla nielicznych turystów (ludzie a irańska  władza to inne światy, może powyższa opłata to pokłosie 7-krotnej różnicy w cenie wstępu do wszystkich meczetów i muzeów, wprowadzonej kilka lat temu przez byłego prezydenta Ahmadineżada, nazywanego szalonym?). Po czwarte – pogoda zapowiadał się kiepska i tak naprawdę nie wiedzieliśmy czy w ogóle warto ruszać w drogę, bez sensu płacić i zawrócić następnego dnia. Gdyby powyższa opłata wpływała jeszcze na chronienie tego miejsca, to byłaby to inna sprawa. A tak poszliśmy w buty naszych irańskich przyjaciół i był to wyraz naszego sprzeciwu przeciwko irańskiej władzy. Chcieliśmy spróbować dowiedzieć się czemu służy powyższa zapłata, jednak nic nie wskóraliśmy. Opłata jest bo jest, obcokrajowcy płacą i już!

Nie pomogły telefoniczne mediacje dr Chalusa i spotkanego jeszcze w autobusie miejscowego wspinacza. Po straszeniu policją (tu już nie ma żartów, więc odpuściliśmy), stanęło na tym, że idziemy drogą do miejsca gdzie zaczyna się właściwy szlak, ewentualnie dochodzimy do pierwszego schronu na wysokości 3200m i tam płacimy haracz. Cała ta napięta sytuacja, to była jedyna nerwowa chwila i nieporozumienie ogólnie z Iranem i Persami, podczas całego naszego miesięcznego pobytu.

Poprawny turysta poza 50 dolarowym kwitkiem opłaconym bez zająknięcia, bierze jeszcze płatną podwózkę pod pierwszy schron. Może nasza niezależność tak ich rozwścieczyła? Szybkim stopem dojeżdżamy do szlabanu skąd mamy jeszcze 2-3 godziny wędrówki. Już po zmroku łapie nas potężna burza, pierwszy i jedyny deszcz po południowej stronie gór Elburs. Pioruny uderzają tak blisko, że aż podskakujemy, a uszy same się zatykają. Docieramy do schronu. Tam „bawią” miejscowi spotkani pod budynkiem związku w Polour i młoda Szwajcarka, która do nich dołączyła (transport płatny). Grzecznie pytamy czy można gdzieś rozbić namiot, oni z sympatią pokazują nam drugie puste pomieszczenie przy meczecie, gdzie możemy przenocować w tym mocnym deszczu. W ramach nie drażnienia niedźwiedzia,chęci nawiązania dobrych stosunków ze współtowarzyszami wędrówki i przypadkowo zabłąkanych w plecaku kilku granatów (owoców oczywiście), idę pewnie do drugiego pomieszczenia przełamać lody. Pierwsze co, to dostaję telefon przyłożony do ucha, a w nim:

– Co Wy tu robicie?! Mieliście wracać. Wzywam policję! Będzie na was czekać na dole.

Zamarłem…

Oddaję telefon, gościu chyba nie jest w temacie naszego konfliktu z jegomościem 1,5km niżej, bo uśmiech i podziękowania za granaty nie mają końca. Strasznie dziwna sytuacja. Nie ma co gdybać, trzeba spać, aklimatyzować się i zbierać siły na dalszą wędrówkę.

Oczywiście nikt nas nie pytał w schronie o żadne pozwolenia, tak samo spotkani na szlaku schodzący z góry nasi południowi sąsiedzi powiedzieli, że ta opłata jest bez sensu, w górnym campie też nikt tego nie sprawdza. Ostatecznie jednak spasowaliśmy.

Różnica do pokonania ze schronu drugiego (z granatami) do właściwego miejsca, z którego odbywają się ataki szczytowe, to ponad 1000m w pionie. Robi się coraz chłodniej, kamieni jak w Armenii miliony, tylko znikoma tu roślinność jakaś bardziej pustynna. I poprzez swoja ostrość nie do dotknięcia. Po drodze spotykamy ludzi, którzy mówią, że nie weszli na szczyt z powodu gęstej mgły i lodowatego wiatru. Życzą powodzenia, jednak nasze perspektywy nie wyglądają obiecująco. Po dojściu do schronu, szukam szefa tego przybytku aby zakupić jednak pozwolenia (na czekającą od wczoraj i jeszcze przez najbliższe dwa dni na dolę policję). Dziwi się, jednak znajduje pod łóżkiem jakąś broszurkę, bierze stówę i nadaje nam jakieś numery.

Cała ta sprawa mocno wpłynęła na początkowy odbiór Damavandu i generalnie irańskich gór i ludzi w nich spotkanych, może byliśmy zbyt uparci i cwaniaccy. Kasa poszła, policja dalej czeka, a my mamy czyste kartoteki na zdobycie najwyższego irańskiego szczytu i pierwsze w życiu przekroczenie granicy 5000m n.p.m!

Plan jest taki: nocleg, następnego dnia aklimatyzacja i wyjście na lekko 500-600m powyżej schronu, odpoczynek, nocleg i o świcie atak na szczyt położony aż 1400m ponad naszymi głowami. Powinno się udać, jedyną zagadką jest pogoda i nasze organizmy.

W schronie spotkaliśmy doświadczonego irańskiego wspinacza (z himalajską przeszłością i planami), który traktuje Damavand jako idealne poletko treningowe. Przepis na sukces: wejście do schronu na 4200m, nocleg, poranny atak szczytowy, ekspresowe zejście i wieczorne przybycie do Teheranu. Nieźle:)

Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, powiedział, że jego idolem jest Jerzy Kukuczka! Wzorując się na nim, pali nawet papierosy. I stwierdził, że Polacy i Rosjanie w wysokich górach to prawdziwi wariaci. Lecz można z nimi iść w ciemno nawet na najtrudniejszą górę. I poradził nam jedną rzecz, pytając czy kiedyś byliśmy już na takiej wysokości.

– Żadne leki nie pomogą jak nie będziecie dużo pić. Pijcie wody ile się da, nawet jak nie macie ochoty, a nie będziecie mieli problemów z aklimatyzacją.

Jak powiedział tak zrobiliśmy. Staraliśmy się jak najwięcej jeść i ciągle pić, a żadne medykamenty nie dotknęły naszych ust. Były tylko trudności ze spaniem (maksymalnie 3 godziny) i ciągła walka z niską temperaturą. Wewnątrz schronu na pryczach panowała stała temperatura około 2 stopni. Uwierzcie, pomimo puchowych śpiworów, w takich warunkach nie da się wypocząć. Człowiek nie ma nawet się gdzie rozgrzać. Najlepszą ucieczką w ciągu dnia, było znalezienie przyjaznej skały przed schroniskiem i łapanie ciepłych promieni słonecznych. Dzień odpoczynku ostatecznie nie był taką regeneracją jak zakładaliśmy, a raczej walką ze swoim organizmem.

W dniu ataku szczytowego spotkaliśmy iskierkę nadziei, w postaci irańskiego starszego przewodnika (podobno jego 200 wejście na szczyt!), który mówił, że jak nie mieliśmy dużych problemów aklimatyzacyjnych, mamy co jeść i pic i będziemy się dodatkowo trzymać jego grupy, to powinniśmy wejść na szczyt. Pomimo tego, że wieje lodowaty wiatr i chmury szybko zakrywają wierzchołek. A dwa tygodnie temu można było jeszcze wejść na szczyt w letnim sprzęcie…

Damavand w ciągu lata jest strasznie obleganym szczytem. Idealny akurat na weekendowy wypad z Teheranu. A że Irańczycy są jedynym narodem z Bliskiego Wschodu, który chodzi po górach, nie dziwią dzikie tłumy w schronisku i dziesiątki namiotów rozstawionych w jego okolicy. Tak podobno jest latem, teraz trudno wyobrazić sobie takie obrazki.

Pusto bo pusto, ale członkami grupy, którą prowadził nasz Irańczyk, okazali się nasi „sympatycznymi” rodacy. W większości miejsc świata spotkany Polak jest okazją do wspólnej rozmowy i wymiany doświadczeń. Wspomnienia z takich spotkań są najczęściej bardzo pozytywne. Tym razem było inaczej… Państwu chyba było nie na rękę, że przyjaźnie rozmawiamy z ich przewodnikiem i jeszcze darmowo proponuje nam dołączenie do ich grupy i pomoc w odnalezieniu drogi. Do tego dociekliwe pytania o nasze górskie ubezpieczenie i „możliwość ewakuacji śmigłowcem”, jak i powątpiewania w górskie doświadczenie.

Dlaczego tam mocno podkreślamy motyw znalezienia właściwej drogi na szczyt?

Początkowo wspólnie szliśmy z naszym Irańczykiem i jego grupą. Jednak ich zbyt wolne tempo nie było nam na rękę (nawet nie mogliśmy się rozgrzać). Przewodnik pokazał nam najlepszy kierunek do obrania, mówił czego się trzymać i życzył nam powodzenia. Ze schroniska teoretycznie prowadzi jedna najłatwiejsza i najbezpieczniejsza ścieżka. Jednak obecnie w śniegu i mgle nie jest to takie proste. Tym bardziej, że kilkaset metrów powyżej schronu, ścieżka przeistacza się w kilkanaście różnych filozofii i kierunków wejścia na szczyt. Latem przy dobrej pogodzie, gdy idziemy cały czas do góry i omijamy większe grupy skalne, to zawsze dojdziemy na szczyt. My nie wiedzieliśmy jednak co znajduje się za najbliższymi skałami. Dodatkowo południowe zbocze jest jakby wygięte w łuk, pomimo swojego podobnego nachylenia nie widać kierunku ani właściwego szczytu. W normalnych warunkach nawet byśmy o tym nie pomyśleli, ale na tej górze może się przydać i nie być żadną ujmą na honorze wspinacza, skorzystanie z dostępnych w internecie, gps-owych zapisów właściwej ścieżki.

Mówiąc szczerze nie byliśmy również przygotowani na aż tak zimowe warunki.

Temperatura dużo poniżej zera i lodowaty wiatr potęgował zimno, które przez każdą najdrobniejszą szparę dosięgało naszych ciał. Po przekroczeniu wysokości 5000m n.p.m. zwyciężyła nasza racjonalna strona, która podpowiadała – zawróć i tak nawet zdobywając szczyt nic nie zobaczysz poza mlekiem dookoła, i tak już dużo osiągnąłeś wchodząc na taką wysokość bez zbytnich problemów aklimatyzacyjnych, tym razem góry Cię pokonały i lepiej odpuścić, a jak planujesz kolejną wizytę Iranie to Damavand wciąż będzie stał na swoim miejscu.

Zawróciliśmy…

Pierwszy raz w życiu byliśmy świadkami zdobywani gór wysokich za wszelką cenę. Młody Austriak, który nocował na sąsiedniej pryczy wynajął przewodnika, będącego również jego osobistym kucharzem i tragarzem. Przyniósł mu większość rzeczy, gotował posiłki i parzył herbatę, a podczas podejścia pod szczyt ciągnął klienta za sobą. Dosłownie ciągnął! Był to dla nas niecodzienny widok, przynoszący na myśl zasłyszane historie z Himalajów, gdzie czasami ambicję i żądzę zdobycia szczytu można przypłacić ceną życia. Na szczęście zawrócili i zeszli bezpiecznie do schronu.

Nasz odwrót przebiegał bardzo sprawnie. Spragnieni ciepła, czuliśmy każde tracone 100m wysokości. Ostatnią noc spędziliśmy w drugim schronie (tym z granatami), w luksusowo ciepłych warunkach jak na wysokość 3200m, gdzie przez pierwsze kilka minut po zejściu cieszyliśmy się jak dzieci pijąc bez ograniczeń wodę z pobliskiej beczki.

A co z policją? Czy może rozbiła obóz nieopodal drogi, skąd zaczyna się szlak i z perską cierpliwością oczekiwała naszego zejścia?

Tego się nigdy nie dowiemy, bo nikogo nie spotkaliśmy:)

Tak w wielkim skrócie wyglądały nasze kaukasko – bliskowschodnie górskie wędrówki. Góry tam są wszędzie! Żyjesz na wysokości ponad 2000m n.p.m. i jest to normalna sprawa. Całkowicie inne niż nasze, równie tajemnicze i nie proporcjonalnie dziksze, na pewno jeszcze nas przyciągnął.

Masyw Aragacu nadaje się nawet na kilkudniową eksplorację, z obozowiskiem w kraterze i codziennym zdobywaniem okolicznych szczytów. Miłośnik gór będzie zachwycony. Na Damavand na pewno kiedyś wrócimy, może nie wybierzemy najbardziej popularnej drogi w szczycie sezonu, ale wrócimy. Wciąż nas fascynuje dziecięco naiwne wyobrażenie M.Kaspijskiego widzianego ze szczytu uśpionego nie do końca wulkanu. Spotkani Irańczycy mówili, że najpiękniejsza jest wiosna, gdy zbocza najwyższej irańskiej góry są w pełni pokryte kwiatami, a ze szczytu roztaczają się fantastyczne widoki na zieloną północ kraju i pustynne południe. To musi być coś!

 

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *